Truchtałem, czekając, aż obudzi się ktoś z watahy. Nie chciałem sam wpadać im do jaskiń.
Tak chodząc, dotarłem niedaleko granicy watahy. W pewnym momencie poczułem zapach obcego wilka. Ruszyłem w tamtą stronę, chcąc zbadać sytuację. Gdy byłem blisko, poczułem jeszcze jeden zapach - krwi. Nie wiedziałem, co to oznacza, ale byłem pewny, że to nie jest krew zwierzyny łownej. Podszedłem bliżej.
Zobaczyłem wilczycę. Nie znałem jej. Szła powoli w stronę watahy. Chciałem wyskoczyć i zagrodzić jej drogę, jednak, czyniąc krok, nadepnąłem na gałąź. Niewybaczalny błąd.
- Kto tu jest? - zapytała nieznajoma, gotując się do ataku. Jednak ja miałem małą przewagę - element zaskoczenia. Wyskoczyłem zza krzaków i powaliłem nieznajomą, szczerząc kły. Nie wiedziałem, kto to, ani czyją krwią śmierdzi, jednak podejrzewałem, że raczej nic dobrego z tego nie wyjdzie.
Wilczyca szybko wstała. Rzuciła się na mnie, trzymając coś w pysku. Ostrza. Coś podobnego mieli ludzie.
Szybko machnąłem skrzydłami, wzbijając się w powietrze i unikając ciosu. Wtedy usłyszałem głos Rossen:
- Reeve!
Nie wiedziałem, że ona tu będzie. Użyłem swojej magii, by kilka pnączy owinęło się wokół tylnych łap nieznajomej, po czym wylądowałem między nią a moją Ross z rozłożonymi skrzydłami i nisko pochyloną głową. Jednak moja wilczyca stanęła obok mnie, naprzeciw nieznajomej, która szybko się oswobodziła. Złożyłem skrzydła, jednak nadal byłem gotów bronić mojej wilczycy.
<Rossen, co planujesz?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz