niedziela, 29 czerwca 2014

Od Reeve'a, c.d. Rossen

Zauważyłem kątem oka, że Ross z dziećmi wróciła do nas. Od razu podszedłem do niej.
 - Co się stało? - zapytała. Westchnąłem.
 - Chodź do jaskini. Dzieci nie powinny tego oglądać. - stanąłem bokiem do niej, próbując skierować ją do jaskiń. Wilczyca cofnęła się kilka kroków, a potem twardo stanęła.
 - Powiedz mi, co się stało. - powiedziała zdecydowanie.
 - To... To ma związek z naszą ostatnią, ehm... Przygodą z Łowcami. Oni... - nie potrafiłem się wysłowić.
Wtedy podszedł do nas Kriz.
 - Kriz, błagam, powiedz Rossen, co się stało. - spojrzałem na niego prosząco, odchodząc na bok.
 - Okej. Ross...

<Kriz, pomocy!>

piątek, 27 czerwca 2014

Od Rossen c.d. Reeve

Podeszłam do niego, przytulając się. Tęskniłam za nim, ale... nie wiem, może wkrótce powinnam wrócić. Rozmawiałam z Reeve przez kilka godzin, a szczenięta raz po raz biegały koło niego, poznając ojca. Wyglądali razem tak słodko!
* * *
Dwa dni później zdecydowałam się na powrót. Maluchy były dość silne, a ja nie mogłam się doczekać miny Reeve'ego, gdy nas zobaczy! A pozostali. Skierowaliśmy się w stronę jaskini głównej, gdy na jednej z pobocznych polan zobaczyłam pozostałych członków watahy. Widziałam po nich poruszenie i zdenerwowanie. Zbliżyłam się, pytając:
- Co się stało?
<Reeve, co się wydarzyło?>

Od Reeve'a, c.d. Rossen

Chciałem pospieszyć się, zanim Ross zmieni zdanie. Odesłałem Lily do Naranji, a sam ruszyłem truchtem wgłąb.
Gdy wpadłem tam, Rossen na mnie warknęła. Od razu skuliłem się nieco i odsunąłem.
 - Spokojnie, spokojnie... - szepnąłem. Wilczyca uspokoiła się nieco, jednak nadal pozostała czujna. Spojrzałem pod nią. Ujrzałem czworo przepięknych szczeniąt, przytulonych do siebie i patrzących na mnie ze strachem. Posłałem im uśmiech. Spojrzałem na moją partnerkę.
 - Och, Ross... - posłałem jej uśmiech, który miał wyglądać pokrzepiająco.
Pogadaliśmy jeszcze przez chwilę, a potem zapewniłem moją wilczycę, że będę jej przynosił codziennie coś do jedzenia. Później wyszedłem, a niemal wyfrunąłem z jaskini. Po raz pierwszy zostałem ojcem, takim prawdziwym. Byłem przeszczęśliwy.
Jeszcze tego samego dnia przyniosłem Rossen dwa tłuste zające. Położyłem je w środku, niedaleko wejścia.

<Ross?>

czwartek, 26 czerwca 2014

Od Rossen c.d. Reeve

Słyszałam jego głos, ale nie mogłam... Młode nie są jeszcze gotowe. Chociaż, on jest ich ojcem powinien. Westchnęłam cicho, wstając. Zamknęłam oczy i je otworzyłam.
- Cofnijcie się - poleciłam młodym.
Kiedy wykonały moje polecenie, zawołałam:
- Reeve, możesz wejść, ale musisz być sam. NIKT inny nie może z tobą tu wejść. I musisz uważać, bo nie za bardzo nad sobą panuję.
Czekałam, mój partner wbiegł do środka, a ja warknęłam na niego.
<Reeve, czy napiszesz co się stało do końca?>

Od Reeve'a, c.d. Rossen

Rossen odsunęła się w głąb z dziećmi. Z dziećmi, które były też moje. Nie rozumiałem jej zachowania.
Stanąłem niepewnie na nogi. Prawa, przednia noga była sztywna i strasznie bolała. Pewnie kość mi się przestawiła. Uderzyłem więc nią o ścianę. Kość wróciła na swoje miejsce. Bolało, ale przynajmniej dało się chodzić.
Piątka wilków stanęła w wejściu. Powstrzymałem ich od dołączenia do mnie.
 - Zostańcie. Ja postaram się z nią pogadać.
Jednak Lily wbiegła do środka i stanęła obok mnie. Przesunąłem się tak, że znalazła się pode mną. Pochyliłem się do niej.
 - Obiecaj mi coś. W razie czego schowasz się za mną, a potem uciekniesz stąd. Okej? - wadera pokiwała głową, a ja przełknąłem ślinę.
 - Rossen? - zawołałem, robiąc kilka niepewnych kroków w stronę, gdzie zniknęła. Miałem nadzieję, że wyjdzie, by pogadać.
Jednak zupełnie nie spodziewałem się tego, co się wydarzyło.

<Rossen?>

Od Rossen c.d. Reeve

Zaatakowałam go ponownie. Bałam się, że może być zagrożeniem dla szczeniąt. Pozostałe wilki odgrodziłam wodną barierą. To ten basior sprawiał zagrożenie. Serce mówiło, że to Reeve, a instynkt twierdził, że jest niebezpieczny. Warknęłam i skoczyłam na niego, szczerząc kły. Nie bronił się. Patrzył na mnie z bólem, a potem szepnął:
- Ross...
Znałam ten głos. Cofnęłam się gwałtownie, a potem spojrzałam na szczenięta przekazując im by się schowały do jamy. Kiedy już to zrobiły, wycofałam się za nimi, padając na ziemię. Kim on był? Czemu czułam, że mi na nim zależy?
<Reeve?>

Od Reeve'a, c.d. Rossen

Pewnej nocy Rossen wyszła, i nie wróciła do tej pory. Szukaliśmy jej wszędzie, cały czas. Jak na razie, bez skutku.
Po kilku dniach bezowocnych poszukiwań nic nie zapowiadało, że będzie inaczej. Jednak byłem zdeterminowany. Dopiero niedawno ją odzyskałem, nie chciałem jej znowu stracić.
Poruszaliśmy się grupą. Ja biegłem na przodzie. Za mną Kriz i Kiba oraz Naranja z Rabbiatą i Lily, które uparły się, że też będą szukać. Nie miałem im tego za złe. Reszta została przy jaskiniach, na wypadek, gdyby Ross wróciła.
Biegliśmy niespiesznie, głównie ze względu na dziewczynki. W pewnym momencie usłyszałem jakiś szelest, gdzieś z boku. Odwróciłem głowę w tamtym kierunku, by zarówno słuchem, jak i wzrokiem zbadać okolicę, gdy dostałem kulą wodną. Siła odrzutu była tak wielka, że przeleciałem kilka metrów i wylądowałem na twardej ziemi. Reszta stanęła, rozglądając się za źródłem.
 - Hej! - krzyknąłem, bardziej do siebie, wstając i otrzepując się z wody jak pies. Znów usłyszałem szelest. Tym razem ruszyłem w jego stronę z nisko pochyloną głową i wysoko postawionymi uszami. Uświadomiłem sobie wtedy, że Ross dogadywała się z wodą. Może to ona...
Uchyliłem się przed kolejną kulą. Dostał nią tym razem któryś z pozostałych basiorów. Słychać było tylko 'Ouch...' i śmiech Lily. Również uśmiechnąłem się pod nosem.
Wcisnąłem się w szczelinę, a w środku stanąłem jak wryty. Zobaczyłem moją piękną, czarną wilczycę, zjeżoną do ataku, a za nią cztery pary małych oczu.
 - Ross... - szepnąłem, jednak w odpowiedzi usłyszałem tylko warknięcie. Potem kolejna kula pomknęła w moim kierunku. Nie zdążyłem się przed nią obronić. Uderzyła we mnie, a ja, niesiony jej siłą, wpadłem z impetem na ścianę.

<Rossen, co się stało później?>

Od Rossen c.d. Kriz

Odetchnęłam z ulgą, słysząc słowa Pomarańczy, jak zaczęłam nazywać wilczycę, że ciąży nic nie będzie. Co prawda było blisko przedwczesnego porodu, co spowodował stres, ale udało się tego uniknąć. Jak przez mgłę słyszałam narzekanie wadery, że jesteśmy strasznie nieodpowiedzialni. Zasnęłam.
* * *
Obudziłam się w nocy, a jakaś dziwna siła kazała mi opuścić natychmiast watahę. Oddalić się od pozostałych wilków tak, by nikt mi nie przeszkadzał. Posłuchałam jej, bo bałam się, że może stać się coś złego. Poza tym potrzebowałam samotności. Odbiegłam dosyć daleko do jednego z moich ulubionych "tajnych miejsc". Zaczęłam szykować legowisko, gdy skończyłam ułożyłam się w ziemnej  wyścielanej mchem, trawą i moim futrem, a potem moje ciało przez moje ciało przebiegła fala bólu. Zacisnęłam szczęki by nie zawyć. Zaczęło się - rodziłam.
* * *
Od porodu minęło kilka dni, a moje słodkie szczenięta zaczynały robić się coraz silniejsze. Dalej nie wróciłam do reszty. Coś mi tego zabraniało. Spojrzałam na Fraya, Spirita i Edana, którzy bawili się w "ganianego", co wyglądało przekomicznie. Przyciągnęłam do siebie Eirę, która natychmiast się do mnie przytuliła. Leżałam, obserwując chłopców, gdy nagle usłyszałam dźwięki wilczych łap. Co najmniej szóstka wilków zmierzała w naszą stronę. Chociaż świadomość podpowiadał mi, że to moja wataha, to jednak instynkt przeważył. Poleciłam szczeniakom by schowały się za mną i przybrałam pozycję, w której byłam gotowa zarówno do ataku jak i obrony. Wokół mnie pojawiły się wodne kule. Byłam gotowa, gdy pojawili się w zasięgu wzroku. Nie patrzyłam kim są, teraz liczyła się tylko obrona mych młodych, a oni... niech się strzegą!
<Reeve?>
__
Minął miesiąc, wilki postarzone. Kolejny miesiąc upłynie:  8 lipca.

Od Kriz'a c.d. Reeve'a

- Spróbuje. - powiedziałem stanowczo.
Zamknąłem oczy i spróbowałem magią rozwalić łańcuch. Nie udało się, lecz nie poddałem się. Przyjąłem inną taktykę. Skupiłem się na danym punkcie łańcicha i rozgrzełem go do 100 stopni. Następnie zamroziłem go. Teraz wystarczyło tylko w to uderzyć. Tak też uczyniłem i łańcuch się rozwalił. Waderki były wolne. Po cichu wyszliśmy z klatki i skierowaliśmy się do wyjścia. W głównym korytarzu natrafiliśmy na Łowców. Akurat wracali do zwierząt. Nie mieliśmy wyjścia i ja z Reeve'em musieliśmy z nimi walczyć. Ja oczywiście uczyniłem to za pomocą magii, a Reeve przemocy. Popokonianiu przeciwników wybiegliśmy z jaskini. Na tereny watahy wracaliśmy powoli. Gdy już dotarliśmy na miejsce Ross zaczął bardzo boleć brzuch. Wystraszyliśmy się i szybko zaprowadziliśmy ją do Naranji...

< Ross? Czy już poród? >

środa, 25 czerwca 2014

Od Reeve'a, c.d. Rossen

 - Ross! - szepnąłem, przechodząc z wyszczerzonych kłów w uśmiech. Moja wilczyca również to uczyniła.
 - Reeve. Znaleźliście nas! - przytuliła się do mnie. Dziewczyny też podeszły do nas. Zauważyłem, że są przykute łańcuchami do zaokrąglonej, metalowej dziurze w zwykłej ścianie. Przygryzłem wargę, patrząc na to.
 - Kriz, dałbyś sobie jakoś z tym radę? - zapytałem wilka, patrząc na niego.

<Kriz?>

Od Rossen c.d. Rabbiaty/Reeve

Lily cofnęła się, a ja westchnęłam ciężko, podchodząc do niej.
- Lily, słonko, posłuchaj - zaczęłam powoli. - To, co zrobiła Rabbiata nie jest wcale takie straszne jak mogłoby się wydawać. Kiedyś, gdy będziesz starsza, zrozumiesz, że wbrew pozorom to naprawdę przydatna umiejętność. Poza tym... Rabbiata to twoja siostra, nie powinnaś jej odrzucać tylko dlatego, że starała się nas uratować. Każdy z nas ma swoją mroczną część duszy, co nie oznacza, że pokazuje ona kim jesteśmy, pamiętaj o tym, Lily - powiedziałam, przytulając małą.
Waderka oderwała się ode mnie i podbiegła do Rab, mówiąc:
- Rabbiata, ja cię przepraszam, po prostu... ja bałam się, ciebie. To było takie straszne i... Przepraszam, Rab.
Starsza z moich córek przytuliła do siebie maleńką, szepcząc:
- Nic się nie stało, Lily.
Uśmiechnęłam się, widząc je razem, a po chwili położyłam się zmęczona. Brzuch mnie zaczął boleć, a strach ścisnął moje serce. Byłyśmy w jaskini prawdopodobnie ponad tydzień, a tak przynajmniej wychodziło z moich obliczeń. Wkrótce miałam termin... Nie! Nie mogę urodzić tutaj, przecież jeszcze nie czas. Wzięłam głęboki strach, a potem zerwałam się na równe nogi zasłaniając córki przed dwójką nieznajomych wilków, którzy wpadli do groty, w której byłyśmy trzymane. Jeden z nich skoczył, a ja odpowiedziałam tym samym. Po chwili stałam szczerząc kły i patrząc w oczy mojego partnera.
<Reeve?>

Od Reeve'a, c.d. Kriz

 - Idziemy dalej. - prychnąłem. Zapach kręcił mnie w nosie i z każdą chwilą stawał się coraz bardziej nieznośny. Dodatkowo ozdoby, które wisiały na ścianach odpychały od tego miejsca. - Nie mogę pozwolić, by coś stało się Ross i Lily, a bez ciebie nie dam sobie rady. - posłałem mu błagalne spojrzenie. Ruszyliśmy dalej, z niepokojem nasłuchując.
Przy końcu korytarza usłyszeliśmy głosy. Kilku Łowców szło w naszym kierunku, a my nie mieliśmy się gdzie schronić. Stanęliśmy więc przy ścianie. Przygotowałem się do ataku, jednak grupka minęła nas, jakby nas nie zauważyła. Posłałem wilkowi zdziwione spojrzenie, na co on przewrócił oczami i polecił ruchem głowy, byśmy szli dalej.
Weszliśmy do wielkiej sali. Było ciemno. Znajdowały się tu tysiące klatek z najróżniejszymi stworzeniami lasu. Niektórzy panikowali, próbowali się uwolnić... Ale większość leżała bez ruchu. Martwi czy zrezygnowani? Nie miałem pojęcia.
Szczeknąłem cicho, potem nieco głośniej. Jeśli jest tu Ross, to może mnie usłyszy.
Ruszyłem z Kriz'em w busz klatek, raz po raz wołając moje wilczyce.

<Rossen?>

Od Rabbiaty c.d. Rossen


- No tak... Ale gdy pierwszy raz Kyuubi udostępnił mi swoją postać, dużo osób z sojuszniczych watah mnie odrzuciło. Kyuubi to potężny demon, wystarczyłoby ich zaatakować chakrą... - spojrzałam na mamę - ...ale dziękuję że ich zabiłaś. Nie umiem jeszcze do końca nad nim panować, myślałam, że sytuacja jest tego warta.
Rossen przytuliła mnie. Jednak...
- Lily? - podeszłam do młodszej, ale ta się wycofała - ...Boisz się mnie?
Popatrzyłam smutno na waderkę. Zrobiłam bardzo głupi błąd.

<Rossen?>

Od Kriz'a c.d. Reeve'a

- Po pierwsze, Reeve - uspokój się. Po drugie, albo ruszamy za nimi albo czekamy na ich powrót. - zwróciłem się do basiora
- Dobrze, możemy za nimi biec.
- Ok, tylko bez ociągania.
Ruszyliśmy. Biegliśmy za ich zapachem, który z resztą i tak strasznie się wyróżniał. W pewnym momencie trop się urwał. Reeve trochę zbytnio panikował, a ja starałem się zachować zimną krew. Pomyślałem chwilę i rozejrzałem się dookoła. Jedynym podejrzanym miejscem była mała góra tuż obok jeziora. Podszedłem bliżej i zacząłem ją dotykać w poszukiwaniu jakiegoś tajemnego przycisku. Po chwili znalazłem takowy i drzwi skalne się otworzyły. Wraz z Reeve'em ostrożnie wszedłem do środka. Ewidentnie tu byli, gdyż strasznie w środku cuchnęło. Użyłem zaklęcia i wokół moich łap zaczęło się świecić światło. Oświetliło kamienny korytarz. Powoli posuwaliśmy się na przód, aż w końcu usłyszeliśmy głosy Łowców. Lekko wychyliliśmy się i ujrzeliśmy na ścianach powieszone wilcze skóry, łby itp. Trochę się przestraszyłem.
- Reeve, co teraz? - zapytałem w nadziei, że mój towarzysz zna odpowiedź

< Reeve? >

Od Rossen c.d. Rabbiaty

Zatkało mnie. Gdy początkowy szok minął, zrozumiałam, że przede mną stoi Rabbiata! To stawało się naprawdę dziwne, jednak tak bardzo zaczęłam się o nią bać! Moja mała, biedna Rab jest zagrożona. Najeżyłam sierść łącząc się umysłem z piątką Łowców, którzy atakowali moją przybrana córkę. Padli jak muchy martwi. Zanim zdążyłam zrobić cokolwiek złapali waderę i wrzucili do naszej klatki. Lily patrzyła na nią zdumiona:
- Rab?- spytała cicho.
Starsza skinęła głową, spuszczając wzrok i powracając do swej postaci. Podeszłam do niej mocno ją przytulając.
- Rabbiata, tak bardzo się cieszę, że nic ci nie jest! - krzyknęłam.
Lily od razu przybiegła, również przytulając się do niej. Młoda spojrzała na nas ze zdziwieniem. Czyżby bała się, że ją odrzucimy? Sama mam wiele sekretów, które przed nimi ukrywam. Powiedziałam o tym tylko o Reeve'emu, a część pozostała tajemnicą.
- Nie gniewasz się na mnie? - spytała, patrząc ze smutkiem.
- Rabbiata, jak mogłaś tak pomyśleć! - zawołałam. - Ja cię kocham, maleńka. Ty i Lily jesteście moimi małymi córeczkami i nigdy was nie opuszczę! - powiedziałam stanowczym głosem.
<Rabbiata?>

Od Rabbiaty

- Naranja, ja mogę się tam przydać!
Pomarańczowa wilczyca popatrzyła na mnie zdziwiona.
- Mam pewną... tajemnicę. Ale puść mnie, proszę, Naranja! Proszę!
- No... - patrzyłam na nią błagalnym wzrokiem - dobrze. Ale proszę, uważaj!
Wybiegłam z jaskini za zatroskaną Naranją. Jeśli tego wymaga sytuacja, muszę to w końcu wyjawić!

***

To tutaj... Szłam pomiędzy klatkami pełnymi zwierząt, korytarzami... nagle doszedł mnie ostry smród. Wybiegłam z korytarza... Przede mną stała odpalona ciężarówka, a na niej wiele klatek.
- Rabbiata!
Spojrzałam w stronę z którego dochodził głos. Mama! Lily! Wtedy...
- Znowu jakiś szczeniak! No zobacz!
- Grrr... zostaw mnie! - cała moja sierść się rozgrzała.
- Co to do diaska...!
Człowiek upuścił mnie na ziemię. Zaraz zbiegli się wszyscy ludzie i przyłożyli do mnie... strzelby!
- Myślałam że się obejdzie... - spojrzałam smutno na mamę i siostrę - Proszę, nie przestraszcie się.
- 'Kyuubi... proszę, ten jeden raz.'
http://fc00.deviantart.net/fs70/i/2013/068/a/9/kyuubi_s_dark_eyes_by_artieftw-d5xhoso.png
Moje futro zaczęło zmieniać kolor na pomarańczowy, wszyscy odskoczyli z krzykiem. Nagle przeszył mnie ból. Moje ciało zaczęło się powiększać, wyrastać nowe ogony. Zaczęłam patrzeć na wszystko z góry. Słyszałam przestraszoną Lily i przerażony szept Rossen:
- ...co to za potwór!
http://fc00.deviantart.net/fs41/i/2009/009/d/0/Kyuubi_by_Maplefur.png
Zmieniłam się w 9-ogoniastego lisa.

<Rossen?

wtorek, 24 czerwca 2014

Od Reeve'a, c.d. Kriz/Rossen

Musieliśmy się schować, gdyż przy takiej liczbie Łowców nie mieliśmy żadnych szans. Całe szczęście, że nie znaleźli nas w naszej kryjówce. Może nawet nie szukali...
W każdym bądź razie zabrali Ross.
Wyszliśmy na zewnątrz. W środku ledwo udało mi się wytrzymać. Strasznie cuchnęło.
 - Dokąd teraz? - zapytałem Kriz'a.
 - Myślę, że... Tam. - pobiegliśmy w tamtym kierunku.
Gromada Łowców krzątała się przy wozie, który wyraźnie szykował się od odjazdu. Odlecenia może raczej, gdyż zaprzężone były do niego dwa pegazy. A z tyłu... W klatce siedziała Rossen i... Nie mogłem uwierzyć. Lily?! Skąd ona tam się wzięła?
Gdy wóz ruszył, wyskoczyliśmy zza krzaków i zaatakowaliśmy jednego z nich. Kilku zostało, by walczyć z nami.
Walkę oczywiście wygraliśmy. Jednak wóz odleciał. Podleciałem kilka metrów w górę, nerwowo ruszając skrzydłami i opadłem na ziemię.
 - Kriz, co teraz? - po raz pierwszy w życiu nie wiedziałem, co robić.

<Kriz, odpowiesz? >

Od Rossen c.d. Lily

To przecież Reeve i Kriz! - krzyknęłam w myślach, patrząc na dwa wilki, które wyglądały zza ściany. Uśmiechnęłam się, miałam szanse! Nie zostawili mnie samej! Przyszli tu po mnie. Jakież było moje przerażenie, gdy jeden z Łowców zaczął coś krzyczeć wskazując na dwóch basiorów, którzy równocześnie wymienili spojrzenia i schowali się. Ktoś inny złapał moja klatkę i porwał ją do góry, wybiegając z pomieszczenia. Tak bardzo się boję! 
<Reeve? Co się wydarzyło?>
* * *
Klatkę postawili na wozie zaprzężonym pod dwa czarne pegazy, co mnie przeraziło. Kto śmiał zniewalać te piękne, nieujarzmione i dzikie stworzenia? Jak ktoś mógł to zrobić? Koło mnie stało sześć klatek z innymi wilkami, wszystkie wyglądały tak, jakby... jakby pogodziły się ze swoim losem. Jęknęłam żałośnie. To było takie... złe. Cofnęłam się, gdy ujrzałam Łowcę, który podszedł do mojej klatki. On coś niósł. Nie minęło pięć sekund, a ja już wiedziałam, że ten mężczyzna trzymał moją małą Lily! Warknęłam, gdy wrzucił ją do mojej klatki, a potem trąciłam nosem maleńką waderkę.
- Co, ty, tutaj robisz, kochana? - spytałam cicho, patrząc na nią troskliwym wzrokiem.
Mała pisnęła smutno, cofając się, a potem odparła:
- Ja... ja poszłam cię szukać, ale mnie złapali.
Westchnęłam cicho, a potem rzekłam:
- Chodź tutaj.
Maleńka podeszła, a ja ją mocno przytuliłam, szepcząc jej do ucha:
- Nie bój się skarbie, tata nas znajdzie.
W odpowiedzi przytuliła się do mnie mocniej. Wóz ruszył w momencie, gdy usłyszałam pierwsze odgłosy walki. Oddalaliśmy się naprawdę szybko, a ja zaczęłam odczuwać strach. W mojej głowie była cała masa pytań i myśli, które sprawiały, że robiło mi się niedobrze. Jednak jedna szczególnie zwracała na siebie uwagę. ,,Czy Reeve i Kriz nas uratują? A może sami wpadną w sidła Łowców?"
<CDN/Jeśli chcesz możesz dokończyć, Lily.>

Od Lily c.d. Kriz

Naranja tłumaczyła właśnie coś Rab a ja wymknęłam się po cichu. Musiałam znaleźć mamę! Tata i Kriz nie chcieli mnie ze sobą wziąć, ale ja wiedziałam swoje. Mama potrzebuje mojej pomocy i ją otrzyma! Pobiegłam, kierując się swoimi zmysłami za zapachem mej matki, gdy nagle poczułam inny nieznany zapach. Zatrzymałam się patrząc prosto w oczy wielkiego psa. Cofnęłam się, piszcząc gdy nagle poczułam coś na karku. Ktoś mnie podniósł i obrócił a ja z przerażeniem spojrzałam w twarz Łowcy. O nie. No to mam kłopoty.
<Naranja?>
* * *
- Gdzie ją zabrać? - usłyszałam zirytowany głos mężczyzny, który mnie trzymał.
Próbowałam się rozejrzeć, ale nie mogłam. Strasznie się bałam. W co ja się tak właściwie wpakowałam?
- Zabierz ją do tej wilczycy, co to ją ostatnio przywieźli. Razem pójdą na tresurę - odpowiedział drugi mężczyzna, przywódca tej grupy.
Tresura! Niech ktoś mi powie, że się mylę. Niech to nie oznacza tego, o czym myślę. Łowca niósł mnie długo, kluczyliśmy korytarzami, a ja widziałam całą masę dzikich zwierząt, które zostały pochwycone przez te potwory! W końcu otworzył jakąś klatkę i mnie tam wrzucił, a ja spojrzałam w prost w zmartwione i pełne troski oczy mamy.
<Rossen?>

Od Kriz'a c.d. Reeve'a/Lily

- Jak to? To nie możliwe! Nasze tereny są dobrze, wizualnie ukryte! - mówiłem z paniką i złością w głosie.
- Musimy się śpieszyć, Kriz. Mogli jej coś zrobić.
- Dobrze. Proponuję zabranie ze sobą Nari. Może być potrzebna.
- Ok. Chodźmy po nią, szybko.
W tym momencie podeszła do nas Lily.
- Tato, gdzie jest mama?
Reeve spuścił wzrok, a waderka przeniosła swój wzrok na mnie.
- Kriz, czemu tata jest smutny? Gdzie jest mama?
- Lily... Jakby ci to wytłumaczyć... Em... - nie byłem dobrym mówcą, więc ciągle się plątałem - Tata jest smutny, bo coś się stało mamie i teraz idziemy jej pomóc...
- To ja w takim razie idę z wami. - powiedziała stanowczo
- Nie. - "obudził się" Reeve - Nie pozwalam ci na to. Jesteś za młoda na takie wyprawy.
- Oj, tato. Proooszę...
- Nie. Nie pójdziesz.
- Czemu?
- Bo się o ciebie martwię. Nie chciałbym, aby i tobie coś się stało. - pogłaskał ją po czym zwrócił się do mnie - Kriz, może lepiej niech Naranja popilnuje Lily i Rabbiaty. Tylko my pójdziemy.
- Dobrze.
Wraz z Lily wyruszyliśmy do Nari i poleciliśmy jej, aby popilnowała szczeniaków. Z uśmiechem powiedziała, że się zgadza i powędrowała z Lily do jaskini alf po Rabb.

< Lily? >

Ja kierowałem się za Reeve'em, który najwyraźniej znał drogę do Łowców. Prawie biegliśmy do ich kryjówki. Przed wejściem musieliśmy się upewnić,  że nikogo nie ma w środku. Na szczęście było pusto, ale na jak długo? Niepewni weszliśmydo środka. Pomieszczenie było wypełnione klatkami, sidłami itp. Gdy ujrzeliśmy Ross na chwilę się ucieszyliśmy. Potem usłyszeliśmy ludzkie kroki. Przyszykowaliśmy się na zaciekłą walkę...

< Reeve? >

poniedziałek, 23 czerwca 2014

Od Lily

Bawiłam się z Rabbiatą od rana, jednak zaczęłam się niepokoić. Po tym jak mama wyszła, gdy tata przyniósł nam śniadanie nigdzie nie mogłam jej znaleźć. Co się z nią stało? Muszę poszukać taty! Postanowiłam i szukać taty. Znalazłam go rozmawiającego z Kibą przy jaskiniach. Od razu spytałam:
- Tato, gdzie mama?
Samiec Alfa spuścił wzrok, a ja spojrzałam na Kibę i zapytałam się go:
- Kiba, czemu tata jest smutny? Gdzie jest mama?
<Kiba?>

Od Reeve'a, c.d. Rossen

Rossen wyszła, potem ruszyła przed siebie. Nie wiedziałem, dokąd, ale pozostawiłem jej prywatność.
Minęło jednak dużo czasu, a ona nie wracała. Poleciłem młodym wilczycom pozostać w jaskini, a sam poszedłem za zapachem Ross. Kierowała się nad wodopój. Więc poszedłem tam.
Na miejscu nadal czułem piżmowo-migdałowy zapach mojej wilczycy, jednak był on tłumiony przez inny - ostrzejszy, przyprawiający o mdłości, nadal pozostawiający lekki fetor na swojej drodze. Podejrzewałem, kto to, jednak dla pewności pobiegłem w stronę, w którą mnie kierował ów zapach.
Nie miałem trudności z trzymaniem się szlaku. Ten smród był dość silny, że byłoby go czuć z odległości kilkuset metrów.
Gdy dotarłem daleko za tereny watahy, nabrałem pewności. Gdy dotarłem do drogi, przy której dwa zapachy - mojej wilczycy i ich - mieszały się, utwierdziłem się w swoim przekonaniu.
Rozwinąłem skrzydła i z taką prędkością, jaką mogłem maksymalnie rozwinąć, poleciałem do naszych jaskiń. Wiedziałem, do kogo się udam.
Gdy wylądowałem, Kriz siedział przy wejściu jednej z jaskiń. Chciał mnie pozdrowić, jednak gdy zobaczył wyraz mojej twarzy i lekką zadyszkę, momentalnie zmienił zamiar.
 - Co się stało? - zapytał zamiast tego, z ciekawością i pewną dozą niepewności w głosie.
 - Rossen... - wydyszałem. - Porwali ją Łowcy.

<Kriz, dokończysz?>

Od Rossen c.d. Reeve

Spuściłam głowę, a potem spojrzałam mu prosto w oczy. Tak wiele razem przeszliśmy w tak krótkim czasie. Czy to nie wspaniałe, że wciąż jesteśmy razem?
- O nas. O tym, co przeszliśmy, co zmieniło się w watasze od śmierci Lussy. Minęło tak niewiele czasu, a jednak nic nie jest już takie same jak kiedyś. Kocham cię, wiesz, Reeve? - spytałam, wstając.
Uśmiechnął się do mnie, a ja, zanim zdążył odpowiedzieć, wyszłam. Musiałam zaczerpnąć świeżego powietrza, bo zaczęło mi się robić duszno. Często tak miałam w ostatnim czasie. Pomarańcza stwierdziła, że to całkowicie normalne. Podeszłam nad Smoczy Wodopój. Pochyliłam się, żeby się napić, a potem poczułam uderzenie. Zapadła ciemność,
* * *
Ocknęłam się, słysząc skomlenie i ujadanie. Otworzyłam oczy, czując kołysanie, a potem jęknęłam cicho.
- Nie ruszaj się, bo pogorszysz sytuację - usłyszałam głos obok, spojrzałam tam i zobaczyłam wilczycę w klatce.
O zgrozo sama byłam w klatce!
- Co... co się stało? - spytałam cicho.
-  Zostałaś schwytana przez Łowców - odparła, a ja zawyłam żałośnie.
O nie!
<Reeve?>

Od Reeve'a, c.d. Rossen

 - Na ciebie, moja piękna. - uśmiechnąłem się do niej. Trąciłem ją lekko nosem, a potem znów obserwowałem nasze jedzące, przybrane córki.
 - O czym myślisz? - zapytałem Ross.

<Rossen?>

Od Rossen c.d. Reeve

- Czy to nie wspaniałe, że już niedługo nasza rodzina się powiększy? - powiedziałam, przytulając się mocniej do niego.
Spojrzał na mnie zdziwiony. Uśmiechnęłam się do niego wesoło, pytając:
- No co się tak patrzysz?
<Reeve?>

Od Reeve'a, c.d. Rossen

 - Nie jesteście głodne? - zapytałem nowo przybyłych. - Czekajcie, upoluję wam coś. - dodałem, widząc ich kiwające główki. Wyszedłem z jaskini, a po chwili wróciłem, przynosząc kolejnego uszatego ssaka. Położyłem się obok Ross, patrząc z uśmiechem na dziewczynki.
W tym momencie moja wilczyca się odezwała:
 - ...

<Rossen?>

piątek, 20 czerwca 2014

Od Rossen c.d. Reeve

- Dziękuję - odpowiedziałam, zaczynając jeść.
Reeve przyglądał mi się uważnie, a ja miałam ochotę westchnąć.
- Jak się czujesz? - spytał.
Spojrzałam na niego zirytowana.
- Reeve, jestem tylko w ciąży! Nic mi nie jest.
Przewrócił oczami i trącił mnie pyskiem. Chwilę później do groty wpadły dziewczynki, witając się z nami wesoło. Reeve przemówił:
-...
<Reeve?>

Od Reeve'a, c.d. Rossen

 - Ross! Jak się czujesz? - wpadłem do jaskini, do mojej Rossen. Cały czas byłem szczęśliwy. - Przyniosłem dla ciebie zająca. - położyłem zdobycz przed wilczycą i trąciłem ją pyskiem.

<Rossen?>

Od Rossen c.d. Reeve

Wybuchł aplauz, wilki cieszyły się razem z nami, a ja uśmiechnęłam się przez łzy. Lily i Rabbiata krążyły wokół nas jak szalone, ciesząc się. Byłam taka szczęśliwa, jednak po chwili ponownie zwymiotowałam. Uch, przeklęte mdłości! Za co one muszą być?
* * * 
Tydzień później Reeve wpadł do jaskini, wołając:
-...
<Reeve?>

Od Reeve'a, c.d. Rossen/Rabbiata

Zebrała się cała wataha. To dobrze.
 - Witajcie. Mamy do przekazania wam radosną nowinę. Otóż... - zrobiłem dramatyczną pauzę, spoglądając z uśmiechem na Rossen. - Wataha niedługo powiększy się o miot szczeniąt. Nasza Rossen zostanie matką! - posłałem uśmiech Lily i Rabbiacie.
Przez chwilę panowała cisza. Było słychać wiewiórkę przeskakującą z gałęzi na gałąź.
A potem...

<Ross?>

Od Rabbiaty

Po całych godzinach ćwiczeń w końcu usiadłam w jaskini. Moje osmalone łapy ledwo wytrzymały udarty trening, więc nie będę ćwiczyć codziennie. Dobrze, że nikt nie zauważył mojej nieobecności. Nagle Reeve... znaczy tata... już sama zapominam jak mówić do przybranych rodziców!
- O, Rabbiata tutaj jesteś! Chodź przed jaskinię, mamy coś ważnego do powiedzenia watasze - i zaraz po tym wyszedł.
Coś ważnego? Już się boję co to będzie...

<Reeve?>

czwartek, 19 czerwca 2014

Od Rossen c.d. Reeve

Następnego dnia.
- Reeve, powinniśmy chyba to ogłosić reszcie - powiedziałam, przytulając się do swojego ukochanego Alfy. Westchnął cicho, trącając mnie i mówiąc:
- Jestem ciekaw reakcji dziewczynek.
Uśmiechnęłam się do niego. Również byłam ciekawa jak zareagują nasze przybrane córki na wieść o tym, że będą miały rodzeństwo.
- Zwołaj stado - poprosiłam.
Uczynił to, a gdy wszyscy się zebrali, przemówił:
-...
<Reeve?>

Od Reeve'a, c.d. Rossen

Początkowe niedowierzanie zaczęło przeradzać się w radość.
Na początku nie potrafiłem wydusić słowa. Później zaskoczenie zaczęło przeradzać się w radość.
 - To wspaniale! - zacząłem śmiać się ze szczęścia. Zostanę ojcem, takim prawdziwym. Zawsze o tym marzyłem. Byłem do tego wychowywany.
Przytuliłem Ross.

<Rossen?>

Od Rossen c.d. Reeve

- Możemy pójść - powiedziałam słabo.
Co się ze mną dzieje? Od tamtej nocy jakoś dziwnie słabo się czuje i jest mi mdło. Czyżby, nie... Przecież to niemożliwe, chociaż... Ja tak dziwnie się czuję. Wyruszyliśmy do jaskini Naranji. 
- Witajcie, co was sprowadza? - spytała wilczyca, a Reeve odparł:
- Ross źle się czuje.
Pomarańczowa obrzuciła mnie bacznym spojrzeniem i rzekła:
- Chodź za mną.
* * *
Byłam w szoku. Przecież to nie możliwe, ja... Nie to nie może być prawda... Ja jestem... A Reeve, co Reeve na to powie? W momencie, w którym wszedł rozpłakałam się. Basior podbiegł do mnie, pytając:
- Ross, co się stało?
Spojrzałam na niego z łzami w oczach i odparłam:
- Będziemy mieli szczenięta.
<Reeve, co o tym sądzisz? Jak się czujesz?>

Od Reeve'a, c.d. Rossen

 - Ross? Co się stało? - szybko podbiegłem do wilczycy i pomogłem jej wstać. 
 - Nie najlepiej się czuję... - powiedziała. W jej głosie było to słychać. 
 - Chodź na zewnątrz, przewietrzysz się. - wyprowadziłem ją na zewnątrz. Zaczęła wciągać świeże powietrze. - Może poszlibyśmy do Naranji? Pomogłaby ci jakoś... 

<Ross?>

Od Rossen c.d. Reeve/Naranja

Zatkało mnie. Dosłownie. Reeve, on...! To było niesamowite!~To co zrobił... Nie chce mi się wierzyć, że to wszystko dla mnie... To jest wprost nierealne! 
- Reeve, ty... - nie potrafiłam wykrztusić z siebie więcej.
Mój partner rzucił mi przepełnione miłością spojrzenie, a ja uśmiechnęłam się słodko. Zjedliśmy kolacje, a potem.... 
* * *
Spojrzałam na Naranję zdumiona.
- Czujesz coś do niego prawda? - spytałam, patrząc na nią uważnie.
Wilczyca rozszerzyła oczy, a ja powiedziałam:
- Powiedz mu o tym.
- A co jeśli mnie odrzuci? - zapytała.
Spojrzałam na nią zdziwiona. No tak! Przecież ona nie wie.
- Naranja, jestem pewna, że tego nie zrobi! Idź, powiedz mu co czujesz! - zawołałam, a ona uśmiechnęła się z wdzięcznością, odchodząc.
<Naranja?>
* * *
Kręciłam się po jaskini, gdy nagle poczułam, że zbiera mi się na wymioty. Upadłam, w momencie, w którym wpadł Reeve.

<Reeve?>

Od Reeve'a, c.d. Rossen

Posłałem Rossen uśmiech. Widziałem, że bardzo się zaskoczyła. Bardzo długo i pieczołowicie przygotowywałem to, co doradził mi Kriz.
Wszędzie na ziemi leżały płatki róż, które samodzielnie wyhodowałem. Wszelkie ich kolory. Czerwone, białe, pomarańczowe, żółte, różowe, fioletowe i niebieskie. Na środku rosło siedem róż, po jednej z każdego koloru. Bardzo się starałem, by miały jak najmniej kolców i by były one jak najmniej kłujące.
Nakryłem też dwa miejsca przy prowizorycznym stole. Po obu stronach położyłem wielkie liście palmowe, a w nich położone były różnorakie owoce (jednak nie wszystkie, gdyż prośba flory o wyhodowanie niektórych nie zadziałała) oraz najlepsza część jelenia. Jego najdelikatniejsze mięso.
Obok, w kamiennych miseczkach, znajdował się sok z czerwonych winogron.
Na ścianach starałem się wyhodować coś w rodzaju zielonych świeczników, jednak wyszły mi tylko trzy, tak więc paliły się tylko trzy świeczki.
Według mnie nie było idealnie, ale jeśli wystarczyło, by zaskoczyć moją wilczycę, to byłem zadowolony.
 - Zapraszam do stołu, moja najjaśniejsza gwiazdo. - powiedziałem, podchodząc do Rossen i prowadząc ją na jej miejsce.

<Rossen, jaka jest Twoja reakcja?>

Od Rabbiaty

- Lily poszła spać... Rodziców nie ma... Nuuudy...
Chodziłam niemal za swoim ogonem.
- Kiedy ktoś wróci... Nosz, już chodzę tak w kółko od piętnastu minut! Zaraz chyba nie wytrzymam...
Nagle stanęłam. No tak! Wybiegłam z jaskini i skierowałam się w stronę rzeki. Co mogę innego zrobić? Ee tam, nikt nie zauważy. A Lily chyba za krótko spać nie będzie. Gdy końcu dotarłam, usiadłam i zamknęłam oczy. Pamiętam słowa mojej mamy...
- Kontrola ognia to najważniejsza rzecz, jaką na razie musisz posiąść. Bez niej nie poradzisz sobie w żadnych walkach, obronie, a nawet w codziennym życiu. Zapamiętaj to sobie. Nasza wataha posiada cztery specyficzne jutsu*, których nie posiądą inne wilki. Podstawą jest kontrolowanie przepływu energii - jeśli nie posiądziesz tej umiejętności, nie będziesz w stanie ich wykonać. W naszym ciele jest sieć chakry** przepływająca przez nasze ciało, jest bardzo podobna do układu nerwowego. Kontrolowanie jej zależy od wysiłku umysłowego włożonego w pracę. Za małe natężenie mocy daje strasznie słaby efekt, lub nie ma go w ogóle, a za duże - daje efekt często niepożądany, lub możesz przez to odnieść obrażenia. Wyczerpanie całego zasobu chakry grozi utratą świadomości, przejściowym paraliżem lub, w ostateczności, śmiercią. Dlatego bardzo ważne jest dobrze wykorzystywać posiadaną moc i nie nadużywać jej. Pierwszym ćwiczeniem z kontroli chakry będzie chodzenie po wodzie, ochraniając łapy temperaturą (dla wilków o rożnych żywiołach są inne rodzaje chodzenia po wodzie - sami się domyślcie, dla kogo jest najtrudniej). Trudne, ale wykonalne zadanie.
Otworzyłam oczy. 'Trudne, ale wykonalne zadanie'? Kontrola chakry to dla mnie czarna magia... Ale odziedziczając Wolę Ognia, muszę się tego nauczyć.

CDN.

___
*jutsu - styl walki/technika
**chakra - energia/moc, dzięki niej można korzystać z magii

środa, 18 czerwca 2014

Od Naranji

Ostatnimi czasy bardzo zaprzyjaźniłam się z Kriz'em. Często zapraszał mnie na spotkanie z Lumio. Z chęcią z nim szłam i z radością słuchałam słów pegaza. Podczas niektórych wieczorów Kriz uczył mnie mowy owych skrzydlatych koni. Niby sporo umiałam ale tak naprawdę to bardzo mało... Pewnego dnia przyszłam do Alfy porozmawiać tak ogólnie, o wszystkim.
- Witaj Ross.
- Witaj Naranjo.
- Chciałam z tobą porozmawiać.
- A czym?
- O.... Kriz'ie...

< Rossen? >

Od Rossen c.d. Reeve

Spojrzałam na niego i pokazałam mu księgę. Rzucił mi zdziwione spojrzenie, a ja powiedziałam jedynie:
- Przeczytaj tekst na setnej stronie.
Uczynił to, co mówiłam. Wiedziałam, że to nasza jedyna deska ratunku. Nawet jeśli klątwa nie zostanie ze mnie zdjęta, to nasze dzieci jej nie odziedziczą. Prawdziwa miłość, jest jedynym lekarstwem. Spojrzał na mnie, a w jego oczach było niedowierzanie i radość. Uśmiechnęłam się do niego, a z moich oczu zaczęły płynąć łzy. To było takie... nierealne, a zarazem cudowne. Przytuliliśmy się.
*Dwa dni później.*
 Weszłam do groty, która zamieszkiwałam z Reeve, Lily i Rabbiatą. Otworzyłam zszokowana usta. Tego się nie spodziewałam. Rozejrzałam się ze zdumieniem po grocie, a na końcu mój wzrok skierował się na Reeve'ego, który stał na środku.
<Reeve?>

Od Reeve'a, c.d. Rossen

Nie miałem pojęcia, co wpadło Ross do głowy. Nie miałem też pojęcia, gdzie wybiegła.
Niepewny, czy pobiec za nią, czy nie, postanowiłem pójść do naszej jaskini. Lily i Rabbiata goniły się przed nią. Uśmiechnąłem się na ich widok.
 - Nie oddalajcie się za bardzo. - przestrzegłem je i wszedłem do środka.
Usiadłem przy jednej ze ścian i przygryzłem wargę, myśląc o Ross.
W końcu przyszła. Jej mina nie zdradzała niczego. Widocznie silnie nad czymś rozmyślała.
 - Ross? - zapytałem cicho, starając się delikatnie wyrwać ją z tego zamyślenia.

<Rossen, dokończysz?>

Od Rossen c.d. Reeve

 Przytuliłam się do niego mocno. Mój kochany, dobry Reeve.
- Reeve, teraz jest już za późno. Klątwy nic nie może cofnąć, chyba że... Nie to głupie, chociaż gdyby się udało szczeniętom nic by nie było - szepnęłam sama do siebie.
- Ross? - spytał, patrząc na mnie zdziwiony.
Zerwałam się na cztery łapy i powiedziałam:
- To jest to! 
Mój partner patrzył na mnie skołowany.
- Ale co? - zapytał.
Uśmiechnęłam się do niego i odpowiedziałam, biegnąc do wyjścia:
- Chyba znalazłam rozwiązanie! Muszę coś sprawdzić!
Wybiegłam z Serca Artemidis, a potem skierowałam się wprost do biblioteki. Szybko odnalazłam odpowiednią księgę i zaczęłam czytać. Prawdziwa miłość! 
<Reeve?>

Od Reeve'a, c.d. Rossen

Słuchałem bez słowa tego, co przydarzyło się Rossen. Byłem bardzo zaskoczony... I zaniepokojony. Jak tyle zła mogło przydarzyć się tak wspaniałemu wilkowi? Przy tym moja zwykła historia - śmierć matki za młodu i zaaranżowany ślub - brzmiała normalnie. Współczułem mojej partnerce.
Gdy skończyła, zapadło milczenie. Nie mogłem wydusić z siebie słowa, więc ponownie przytuliłem się do wilczycy.
 - Ross... - w końcu udało mi się przemówić. - To straszne. Bardzo. Szczerze ci współczuję. - trąciłem ją lekko nosem. - Ale obiecuję, że cię nie opuszczę i postaram się ci pomóc. - myślałem przez chwilę. - A może by tak znaleźć jakiegoś szamana i odwrócić tą klątwę?

 <Rossen?> 

Od Rossen c.d. Reeve

- Reeve, Przeklęci to osoby, na które szamani rzucili klątwy. Klątwy są najróżniejsze, mogą zmieniać ludzi, sprawiać, że dany wilk umiera, wywoływać choroby i tym podobne, ale najgorszą z nich jest Klątwa Losu... Osoba, na którą zostanie rzucona nie może pozostać w swojej watasze, gdyż w przeciwnym razie stado może spotkać zguba - szepnęłam, patrząc mu w oczy.
- Ale co to ma wspólnego z tobą? - odparł cicho, przyglądając mi się.
Spuściłam głowę i powiedziałam:
- W watasze, w której się urodziłam pewien szaman dopuścił się zbrodni, więc moi rodzice go wygnali. Odchodząc przeklną mnie najgorszą możliwą klątwą. Klątwą Losu. Byłam wtedy jeszcze mała, nie miałam nawet miesiąca, a rodzice nie mogli skazać mnie na pewną śmierć. Moja wataha zbuntowałam się przeciwko zasadzie i nie Wygnali mnie. Od dziecka byłam dziwna. Miałam dziwne sny, które się sprawdzały. Potrafiłam kontrolować spokrewnione z wilkami zwierzęta, wyczuwałam emocje i uczucia innych, a żywioł, którym panuję... Woda jest mi całkowicie podległa, mogę robić z nią co mi się tylko podoba... No i, ja, potrafię zabić za pomocą umysłu, odkryłam to kiedyś, podczas polowania. Wracając jednak do mojej opowieści, pewnego razu przyśnił mi się sen o tym, że zaprzyjaźniona z nami wataha nas atakuje i ja, ja uznałam to za koszmar, a potem - przełknęłam ślinę. - potem Kaina i Reden, oni wbiegli na pobliskie terytorium, bawili się! Ale tamci już wiedzieli o mnie i... zabili ich! Zamordowali przeze mnie, bo dowiedzieli się kim jestem - załkałam, przytulając się do niego. Nic nie mówił, bo wiedział, że potrzebowałam teraz milczenia, a potem przyszło najgorsze. - Miałam wtedy rok i udało mi się uciec, ale wpadłam prosto w ręce ludzi.
Opowiedziałam mu wszystko. O tym, jak mnie złapali, jak zamykali, bili i głodzili. O tym, jak wystawiali na walki psów, gdzie wielokrotnie musiałam walczyć z silniejszymi ode mnie przeciwnikami. A potem o tym, jak próbowali mnie zabić, gdy ugryzłam jednego z ludzi. Powiedziałam o szaleństwie w jakie popadałam. O tym, jak udało mi się uciec, gdy miałam dwa lata. O błąkaniu się bez celu i przerażeniu, gdy uświadomiłam sobie prawdę. Mówiłam mu o moich lękach, że klątwa mogłaby przejść na nasze potomstwo. A potem zamilkłam, patrząc na niego.
<Reeve?>

Od Reeve'a, c.d. Rossen

 - Nigdy cię nie odrzucę, nawet tak nie mów. - powiedziałem do Ross cicho, lecz stanowczo. - I co to znaczy, że jesteś Przeklętą? Wytłumacz mi, proszę. - dodałem łagodniej.
Nie miałem pojęcia, co to znaczy, widziałem tylko, że dla Ross to jest coś bardzo ważnego... I chyba strasznego.

<Ross, odpowiesz?>

Od Rossen c.d. Reeve

Reeve... Mój kochany Reeve... Co ja mam teraz zrobić? Z jednej strony pragnę powiedzieć mu prawdę, a z drugiej? Boję się, że będzie czuł do mnie urazę, że mnie odrzuci... Kto w końcu chciałby zadawać się, a tym bardziej wiązać, z Przeklętą? Czy on w ogóle wie kim są Przeklęci? W mojej poprzedniej watasze wszyscy wiedzieli, ale jak to jest w innych? Pokręciłam głową. Przeklęci to wilki, na które zostały rzucone przez szamanów klątwy. Nie wiadomo dlaczego szamani to robią. Czasami uznają, że rodzina danej Ofiary jest zbyt szczęśliwa, a czasami stanowi to element zemsty. W moim przypadku było to to drugie, szaman w mojej watasze dopuścił się morderstwa, a rodzice go wygnali. Odchodząc rzucił na mnie Klątwę Losu. Klątwę, której posiadaczy skazywano na Wygnanie, najgorsze co można było uczynić wilkowi. A jeśli wataha tego nie zrobiła, tak jak moja, czekała ją zguba... Kiedyś byłam zbyt mała, by to zrozumieć, ale teraz? Od dawna wiem, dlaczego miewam prorocze sny, czy potrafię panować nad spokrewnionymi z wilkami zwierzętami. Rozumiem jak to możliwe, że potrafię zabić umysłem, oraz, że żywioł nad którym panuję, jest całkowicie mi podległy. Wiem dlaczego wyczuwam uczucia i emocje innych... A przede wszystkim znam powód dla którego ludzie zrobili mi to. Wzdrygnęłam się, wspominając czas, który spędziłam w zamknięciu głodzona i bita przez te paskudne istoty... Najgorsze jest to, że mimo iż chcę mieć potomstwo, za bardzo się boję, że czeka ich mój los...  Dlatego właśnie tak bardzo nienawidzę szamanów, oni są nieobliczalni...
 Może i nie chcę, ale muszę mu powiedzieć... zresztą, to prędzej czy później i tak się wyda... A jeśli mnie odrzuci, nie zdziwię się, po co miałby zadawać się z kimś kto nie może mieć potomstwa, tylko dlatego, że boi się, iż klątwa może się na nie przenieść? Westchnęłam cichutko i odparłam:
- Reeve, ja jestem Przeklętą.  Zrozumiem jeśli mnie odrzucisz, ale... - mój partner mi przerwał, mówiąc:
-...
<Reeve?>

wtorek, 17 czerwca 2014

Od Reeve'a, c.d. Kriz'a/Rossen

- Powiedzmy, że nadal nad tym myślę. Ale chyba tak zrobię. Dzięki za radę. - posłałem mu uśmiech. Rozstaliśmy się przed jaskiniami.
Następnego dnia rano wyszedłem wcześniej, by udać się na krótkie polowanie, a potem pospacerować.
Raz po raz rozwijałem skrzydła i podlatywałem kawałek. Dwa tygodnie bez używania ich dały mi się we znaki, więc nadal cieszyłem się, że są w pełni sprawne.
Przechodziłem akurat koło przepięknej groty, w której Rossen i ja związaliśmy się. Zawsze przywoływała miłe wspomnienia.
Jednak tym razem usłyszałem cichy, zdławiony szloch. Zaniepokojony, podszedłem do wejścia.
Na środku jaskini leżała moja Ross. To ona była źródłem tych odgłosów. Zasmuciłem się, widząc to.
 - Ross? - zapytałem cicho, robiąc niepewny krok w jej stronę. Odwróciła się gwałtownie. W jej oczach szkliły się łzy.
 - Co się stało? - zapytałem łagodnie. Ona jednak odwróciła wzrok.
Podszedłem i położyłem się przy niej, przytulając ją.

<Rossen, dokończysz?>

Od Kriz'a c.d. Reeve'a

- Ciężko to wytłumaczyć ale to chyba jakaś nadzwyczajna więź... Po prostu coś mnie do noch ciągnie... Nie wiem dokładnie co, może coś magicznego? Zapewne to ma związek z moją niepamiętną historią... - spojrzałem w niewzruszoną taflę wody. Po chwili otrząsnąłem się z zamyślenia i wstałem. - Możemy powoli ruszać do jaskiń.  Słońce zachodzi.
- Popieram.
Ruszyliśmy w stronę głownych jaskiń. Przed rozdzieleniem zapytałem:
- Przemyślałeś może moją wcześniejszą propozycję?

< Reeve? >

Od Reeve'a, c.d. Kriz'a

- Hm... - pomyślałem przez chwilę. Właściwie nie wiedziałem w tej chwili, o czym rozmawiać z wilkiem.
 - Powiedz mi może, co cię trzyma przy tych koniach? Dalej nie potrafię tego zrozumieć.

<Kriz?>

Od Kriz'a c.d. Reeve'a

- Em.. Doświadczony w tym niejestem... ale mogę ci powiedzieć tyle, że może powinienieś to jakoś lekko zasugerować Ross?
- To nie takie proste, Kriz...
- Jak nie? Wystarczy, że któregoś dnia gdy Ross wyjdziepo coś z jaskini przyprowadzisz Małe do mnie, a sam wyszykujesz jaskinię na romantyczną kolację. Gdy ona wróci będzie w szoku, a ty wraz z nią zjesz mówiąc jej przeróżne słodkie słówka. Proste?
- Tak szczerze to trochę to skomplikowane,  ale zastanowię się nad tym. Gdzie teraz idziemy?
- Może do Lumio i jeko kumpli?
- Nie przepadam za pegazami...
- To może nad smoczy wodopój.
- Tam możemy iść.
Poszliśmy i usiedliśmy na brzegu. Po chwili podniosłem się i napiłem, po czym wróciłem do Reeve'a: 
- Masz jakiś ciekawy temat do rozmów? - zapytałem przerywając ciszę.

< Reeve? >

poniedziałek, 16 czerwca 2014

Od Reeve'a c.d. Kriz

... ujrzeliśmy niedźwiedzia. A raczej niedźwiedzicę. Rykiem wzywała dwoje młodych, bawiących się nieopodal.
Kriz chciał wyskoczyć i zaatakować, jednak powstrzymałem go.
 - Raczej nie przeżyłbyś spotkania z rozwścieczoną matką. - ostrzegłem z uśmiechem.
W końcu gromadka niedźwiedzi odeszła w swoją stronę, która na szczęście znajdowała się zupełnie gdzie indziej niż wataha. Zaciekawiło mnie, czy niedźwiedzie zawędrowały tak daleko, bo uciekały przed kłusownikami, czy za poszukiwaniem pożywienia.
 - Niesamowite. - powiedziałem, siadając.
 - Co, niedźwiedzie? - zapytał Kriz.
 - Nie... Wychowywanie młodych. - uśmiechnąłem się do wilka. - Niby Lily i Rabbiata to moje przybrane córki, ale to nie do końca to samo, co własne... Ale cieszę się, że je mam.
Kriz spojrzał na mnie tak jakoś dziwnie.
 - ...

<Kriz, dokończysz?>

Od Kriz'a do Reeve'a

Pewnego jakże słonecznego dnia poszedłem do jaskini alf, porwać Reeve'a.
- Hej, Reeve. - rzekłem wchodząc do środka.
- Witaj, Kriz.
- Chciałbym z tobą jak kumpel z kumplem się wybrać na zwiado-polowanie.
- Dość interesująca propozycja... Czekaj, tylko powiadomię o swoim wyjściu Ross.
Po chwili wrócił i mogliśmy wyruszyć na polowanie.  Wspólnie upolowaliśmy sporo mięsa na zapas, po czym poszliśmy na obgląd terenów poruszając przy tym różne tematy rozmów.
- Jak ci się żyje z Rossen? - zapytałem niby to od niechcenia.
- A dobrze, i ostatnio odniosłem wrażenie, że wróciła do siebie po tragedii z Lusy...
- To bardzo możliwe, choć były ze sobą tak związane, że pewnie jeszcze trochę czasui będzie wszystko lepiej niż było. - powiedziałem pocieszająco.
- A jak tobie się układa w kwestii sercowej?
- Eh, tak sobie... Niby coś czuję do Naranji, a z drugiej strony nie jestem tego pewien..
- Jeszcze kilka razy się z nią spotkasz i wszystko będzie jasne. - również mnie pocieszył.
Powoli doszliśmy do jeziora i usiedliśmy na jego brzegu. W pewnym momencie usłyszeliśmy ryk. Podskoczyłem w miejscu i spojrzałem na Reeve'a porozumiewawczo. Powoli podeszliśmy w kierunku hałasu i ku naszemu ździwieniu ujrzeliśmy...

< Reeve? Co to takiego było? >

niedziela, 15 czerwca 2014

Od Rossen c.d. Reeve

W mojej głowie panował mętlik. Czy naprawdę wróciłam? Znowu byłam taka jak przed śmiercią Lussy, ale...Mam tyle tajemnic... Czy kiedykolwiek będę naprawdę sobą? Z jednej strony naprawdę chcę powiedzieć o tym Reeve, ale z drugiej... w dalszym ciągu boję się, że mnie odrzuci. Pokręciłam głową, przytulając się do niego mocniej i patrząc jak Lily bawi się Rabbiatą. Wyglądały razem naprawdę słodko. Poczułam ciepło w sercu, a potem dziwne uczucie żalu... Znałam jego powód, ale dlaczego ujawnił się dopiero teraz?
* * *
Miesiąc później.
Minął już miesiąc odkąd w naszej watasze pojawili się nowi członkowie, a ja postanowiłam wybrać się do Terili, tak dawno jej nie odwiedzałam. Wyszłam z groty i ujrzałam bawiące się wesoło Lily i Rabbiatę, w moim sercu ponownie pojawiło się to dziwne ukłucie żalu. Pobiegłam prosto do Serca Artemidis, a potem położyłam się na środku łkając. 
<Reeve?>
__________________
Jeden miesiąc czasu płynącego w Artemidis to 11 dni realnego czasu. Następny miesiąc upłynie 26 czerwca. Proszę o dokończenie opowiadań, które dzieją się w poprzednim miesiącu. Już zmieniam wiek wilków.

sobota, 14 czerwca 2014

Od Reeve'a, c.d. Rossen

Zdziwiłem się. Rossen bardzo zmieniła się w tak krótkim czasie. Znów otworzyła się na świat.
 - Cieszę się, że wróciłaś. - szepnąłem jej na ucho. Ona oparła się o mnie. Razem patrzyliśmy na Rabbiatę i Lily.

<Ross?>

Od Rossen c.d Reeve

- Postanowiłam, że jej pomożemy i, że zostanie - powiedziałam.
Reeve westchnął, patrząc na mnie z uśmiechem.
- Ross, Ross, Ross - powiedział.
Spojrzałam na niego tajemniczo, pytając:
- Tak, mój drogi?
Rozszerzył oczy ze zdumienia.
<Reeve?>

Od Reeve'a, c.d. Rossen

 Upolowałem dwa króliki i szybko wróciłem. Położyłem je przed nieznajomą i spojrzałem z uśmiechem na Ross. 
 - Dogadałyście się. - powiedziałem, a ona przytaknęła. Usiadłem przy niej. Nowa wilczyca zaczęła jeść. 
 - Jak ma na imię? - zapytałem. 
 - Rabbiata. - odpowiedziała Ross. 
 - I zostaje! - dodała Lily, a ja spojrzałem pytająco na Rossen. 

<Ross, dokończysz?>

Od Rossen c.d. Reeve

Spojrzałam na Reeve'ego, a potem na nieznajomą. Widziałam w jej oczach strach i niepewność.
- Przepraszam - powiedziałam, podchodząc bliżej.Wycofała się, a ja westchnęłam. - Nie mam złych intencji, po prostu dzisiaj wiele się wydarzyło, dlatego tak zareagowałam. Wybaczysz mi? - spytałam.
Wadera skinęła głową, a ja podeszłam do niej, pytając:
- Jak masz na imię?
- Rrrabbbiatta - wyjąkała, patrząc na mnie ze strachem.
- Nie bój się, nie zrobię ci krzywdy.
Podbiegłam do niej, podpierając, gdy zaczęła słaniać się na łapach.
- Połóż się - poleciłam, a ona to uczyniła.
- Reeve, przyniesiesz coś do jedzenia? - spytałam, a mój partner skinął głową i wybiegł.
- Więc, co tutaj robisz, Rabiato? - zadałam pytanie po chwili milczenia.
- Jaa... Zostałam porwana, ale udało mi się uciec i nie wiem gdzie jestem... Nie wiem co się dzieje z rodzicami, ani czy oni żyją. A co jeśli ktoś ich zaatakował? Nie wiem, nie mam domu... A nawet jeśli uda mi się wrócić, to czy mnie przyjmą z powrotem? Boję się - szepnęła, a ja, pchnięta instynktem, przytuliłam ją w momencie, w którym się rozpłakała.
Lily przybiegła, trącając ją nosem i mówiąc:
- Nie płacz. Pomożemy ci! A jeśli się nie uda, zawsze możesz tutaj zostać, prawda? - zawołała, patrząc na mnie.
Skinęłam głową, uśmiechając się pocieszająco do młodej wadery:
- Oczywiście, że może zostać - odparłam Lily.
W tym momencie wpadł Reeve.
<Reeve, dokończysz?>

Od Reeve'a, c.d. Rabbiata

Spojrzałem na nieznajomą ze współczuciem. Ciekawiło mnie, co musiała przejść.
Ross już nie warczała, choć nadal nieufnie spoglądała na nią.
 - Rossen, daj jej szansę. Nie jest wrogiem. - poprosiłem.

<Ross?>

Od Naranji c.d. Lily

- Co tu robisz? Na dodatek sama? - spytałam z troską.
- Spokojnie. Ross pozwoliła mi wyjść samej. - powiedziała spokojnie.
- No dobrze, alepozwolisz, że będę cię pilnowała.
- Ok, ok. Chcesz się ze mną pobawić?
- Może... A w co?
- W berka, oczywiście.
Przekręciłam łeb w prawą stronę. Szczerze, nie znałam tej zabawy. Lily nie czała na odpowieć tylko podbiegła i
powiedziała: 
- Berek, gonisz.
Po chwili już biegałyśmy po wszystkich terenach. Po raz pierwszy na mym pysku pojawił się uśmiech. Z radością bawiłam się z Małą, czułam się pewnie. Gdy się zmęczyłyśmy upolowałam dwa zające i je zjadłyśmy. Następnie waderka oznajmiła, że musi wracać więc ją odprowadziłam. Nadal zadowolona poszłam na polanę pegazów i usiadłam w cieniu dużego drzewa patrząc na konie ze skrzydłami. Po godzinie zobaczyłam kolejnego wilka, który okazał się Krizem. Z radością przywitałam się z nim. On przedstawił mi swojego towarzysza, pegaza i razem rozmawialiśmy. Oczywiście Kriz tłumaczył mi wszystko. Za jakiś czas podszedł do nas jakiś nie znany nam wilk.

< Jakikolwiek wilk? >

Od Rabbiaty c.d. Reeve

Patrzyłam wystraszona na wilki. Szczególniej na waderę. Agh, w co ja się wpakowałam! A do tego jestem wycieńczona.
- No więc... Ja... Emm... - chciałam się cofnąć, ale łapy odmówiły mi posłuszeństwa - No... Ja może pójdę...
- Zaczekaj - basior chciał do mnie podejść, ale chwilowo przystanął.
Łapy zaczęły mi się smalić, czasem pojawiały się małe płomyczki - Spokojnie. Mi ci naprawdę nic nie zrobimy. Masz rodziców?
- No... praktycznie to mam... tylko nie wiem gdzie.
Mała, biała waderka wychyliła się spod - jak myślę - maminych łap. Płomyszki mi opadły, a ja sama opuściłam łeb patrząc na basiora przede mną.

<Reeve, mógłbyś?>

Od Reeve'a, c.d. Rossen

 - Nie musisz się nas bać. - zwróciłem się łagodnie do nowo przybyłej wilczycy, ocierając się barkiem o Ross w próbie uspokojenia jej. Zauważyłem, że nowa jest bardzo młoda i wystraszona. - Powiedz, co tutaj robisz.
 - No... Ja... - znów zaczęła się jąkać.
 - Rozluźnij się. - szepnąłem do Rossen.
Lily stała za swoją przybraną matką i z zaciekawieniem obserwowała nowo przybyłą.

<Rabbiata, dokończysz?>

Od Rossen c.d. Reeve/Rabbiaty

- Reeve, ja... Ja dłużej nie chcę. Mam dość... - szepnęła, przytulając się do niego. Spojrzał na mnie zszokowany, a ja dodałam: - Mam dość tych wszystkich tajemnic, ja... nie mówiłam ci, ani nikomu całej prawdy o mnie... o tym co się stało zanim założyłam tą watahę... Wiem, że nie powinnam mieć przed wami, a zwłaszcza przed tobą, tajemnic, ale... boję się.
Trącił mnie pyskiem i zapytał:
- Ross, czego się boisz?
Spojrzałam mu w oczy i odparłam:
- Odrzucenia.
Milczał, a ja czułam, że zaczynam się stresować, co mam zrobić? Czy mnie znienawidzi? Powiedzieć mu? A może lepiej nie?
- Rossen, posłuchaj mnie - zaczął. - Nie wiem, co stało się zanim założyłaś watahę, ale widzę, że jest ci z tym ciężko. Nie wiem dlaczego to ukrywasz, ale jeśli nie chcesz, możesz tego nie mówić. Zależy mi na tobie, dlatego nie będę naciskać. Pamiętaj, że cię kocham i zawsze możesz na mnie liczy - powiedział, przytulając się do mnie.
Odetchnęłam z ulgą. Tak bardzo się bałam! W momencie, w którym miałam zamiar coś powiedzieć do jaskini wpadła Lily, wołając:
- Cześć wam!
Wymieniliśmy spojrzenia z Reeve i roześmialiśmy się. Podeszłam do małej, trącając ją pyskiem, a ona otarła się o mnie.
- Gdzie byłaś? - spytał samiec Alfa.
Uśmiechnęłam się na te słowa.
- Nad jeziorem, bawiłam się z Naranją - odpowiedziała.
- I jak było? - zadałam pytanie zaciekawiona.
Lily bawiła się z Naranją? Czyżby się polubiły? Ich przyjaźń mogłaby pozytywnie wpłynąć na zachowanie starszej wadery. Mała potrafi przełamać każde lody, więc gdyby udało jej się dotrzeć do pomarańczowej, z pewnością przestałaby się tak bać!
- Świetnie! Na początku była trochę niepewna, ale potem zaczęłyśmy bawić się w ganianego i w chowanego! Było świetnie - zawołała entuzjastycznie Młoda.
Reeve zaśmiał się, w momencie, w którym się spięłam. Ktoś się tutaj zbliżał i z pewnością nie był to członek naszej watahy.
- Lily, chodź tutaj - powiedziałam, a w moim głosie pojawiła się nutka stanowczości.
Mała spojrzała na mnie zdziwiona, a basior zapytał:
- Ross, co się dzieje?
- Ktoś się tutaj zbliża - odparłam.
Zmarszczył brwi, odpowiadając:
- To musi być ktoś z watahy, nie ma co panikować - stwierdził, a ja pokręciłam głową.
- To nikt z naszych - rzekłam pewna siebie.
Moje słowa sprawiły, że Reeve, w momencie, w którym rozbrzmiały kroki, skierował się w stronę wyjścia, żeby to sprawić. Sekundę później wpadła na niego czerwono-biała wadera. Wilczyca cofnęła się, widząc co zrobiła. Zobaczyłam w jej oczach strach.
- Co tutaj robisz? - spytałam groźnie.
Nie wiedziałam kim jest, ani co tutaj robi. Co innego mogłam powiedzieć? A co jeśli jest wrogo nastawiona.
- Ja... ja... - zaczęła się jąkać.
Już miałam coś warknąć, gdy odezwał się Reeve:
-...
<Reeve?>

Od Reeve'a, c.d. Naranja

Po wyjściu od Naranji skierowałem się w stronę jaskiń. Dotarłem do naszej. Nie usłyszałem żadnych głosów. Zerknąłem do środka. Lily nie było, a Ross leżała tyłem do wejścia. Uśmiechnąłem się lekko. Skupiłem się, a przed wilczycą wyrosła czerwona róża. Spojrzała na nią zdziwiona, a później odwróciła głowę w moją stronę.
 - Reeve! - wymówiła moje imię z mieszaniną ulgi i... niepewności?
 - Rossen. - posłałem jej uśmiech. - Nie przeszkodziłem ci?
 - Nie.
Wszedłem do środka. Otarłem łeb o jej szyję. Zauważyłem przy tym, że wygląda na smutną.
 - Co się stało? - zapytałem z troską. Ona jednak odwróciła głowę. Pomyślałem przez chwilę. - Czy chodzi o to, co mi powiedziałaś wczoraj? - kiwnęła głową. - Oh, Ross. - przytuliłem ją. - To nie jest nic złego. Przecież uratowałaś nas. Nie wiem, jak dalibyśmy sobie radę z tyloma psami i do tego ludźmi. - przez chwilę panowała cisza. - Proszę, nie zadręczaj się tym.

<Rossen?>

Od Rabbiaty

- Gdybym tylko mogła znaleźć kogokolwiek z watahy... Eh, czy ta głupia baba musiała mnie porwać?!
Byłam zła, głodna, samotna. Jeszcze brakowało tego, by rzeka której nurtem szłam skończyła się. Ale ja muszę iść...
Usłyszałam wycie. Czy to dzikie psy? A może wilki? Nieważne! To na pewno oni! Znalazłam ich! Biegłam pędem do źródła wycia. Ucichło, ale dalej tam biegłam. Było to bardzo daleko, już byłam zmęczona, ale nie mogę się poddać! Znalazłam ich! Wywiesiłam język. Nie mogę zrobić postoju!
Wbiegłam do jaskini, nie zważałam na to że wyglądała nieznajomo. Wyjżałam... To nie oni!!! Próbowałam zatrzymać, ale w pędzie wpadłam na wielkiego basiora. Otrząsnęłam się i zamarłam. Wielki, skrzydlaty basior z waderą u boku i szczenięciem młodszym ode mnie. Wytrzeszczyłam oczy, z wywieszonym językiem próbowałam się cofnąć ale wywróciłam się i usiadłam. Brr, jeszcze mi coś zrobią?!
<Rossen?>

Nowa wadera! Powitajmy Rabbiatę!

Imię: Rabbiata (Rebi)
Płeć: wadera
Wiek: 1 rok
Pozycja: omega
Zawód: uczeń
Moc Żywiołu: ogień
Partner/ka: za młoda
Zdjęcie:
http://pu.i.wp.pl/k,NDcxMjEzOTEsNzM1ODIx,f,______RabbiatA________by_ValkiriaTigress.jpg
Historia: Porwała ją wadera z innej watahy, lecz młoda waderka się wymknęła.
Jak się tutaj znalazłeś: Po dłuższej (nieudanej) wędrówce do domu, znalazła ją Rossen i zaopiekowała się przyjmując do stada.
Właściciel: Howrse - Lary

WITAJ!

Od Lily c.d. Naranja


Byłam zmęczona po wydarzeniach z ostatnich dwóch dni. Tak bardzo cieszyłam się, że Reeve i Ross są parą! Martwiłam się o basiora, który został wczoraj zraniony i nie wrócił na noc do jaskini. A Rossen! Nie wiem dlaczego, ale wczoraj płakała. Tak nie powinno być. Co się stało? Rano, gdy wstało słońce zapytałam się wilczycy:
- Ross, mogę iść nad jezioro?
Wadera spojrzała na mnie z troską w oczach i odparła:
- A jesteś pewna, że trafisz?
Skinęłam głową, a ona westchnęła i powiedziała:
- No dobrze, chociaż wolałabym żeby ktoś z tobą poszedł.
W odpowiedzi trąciłam ją nosem w pysk i wybiegłam. Ruszyłam w stronę jeziora. Niespodziewanie ujrzałam pomarańczową wilczycę, która spytała wystraszona:
 - Kto tam jest?
Wyszłam zza krzaków i odparłam:
- To tylko ja, Naranjo!
Wadera spojrzała na mnie zdziwiona i zapytała:
-…
<Naranja?>
* * *
Po rozmowie i zabawie z Naranją wróciłam do jaskini.

Od Naranji c.d. Rossen/Reeve'a

Po wyjściu Rossen podeszłam do Reeve'a i powiedziałam:
- Pokarzesz ranę? - on uniósł skrzydło i zobaczyłam kulę z pistoletu, a dookoła krew, świeżą jak i zaschniętą. Westchnęłam po czym ostrożnie przeczyściłam ranę. Następnie ostrożnie wyjęłam kulę. Szybkim ruchem zrobiłam opatrunek z dodatkiem kilku ziół leczniczych. Po tem poleciłam Reeve'owi aby został w , ojej chatce na noc. Tak uczynił i rano zmieniłam mu opatrunek.
- Proszę, powiedz mi, do kiedy muszę nosić opatrunek?
- Ogółem leczenie potrwa dwa tygodnie. Powinieneś przychodzić tu co dwa dni na zmianę opatrunku. - basior skinął łbem i wyszedł.

< Reeve? >

*****
Po wyjściu basiora udałam się jak zwykle nad jezioro. Lubiłam tam siedzieć. Jedynym minusem tego miejsca było to, że musiałam patrzeć na swoje odbicie, które przypominało mi o mojej przeszłości. Nagle usłyszałam szelest.
- Kto tam jest? - spytałam lekko wystraszona.

< Dokończy ktoś? >

Od Reeve'a, c.d. Rossen

Gdy szliśmy do Naranji, Ross wyznała mi coś ważnego. Potrafiła manipulować umysłami. Wprawdzie w ograniczonym stopniu, ale potrafiła. Później zamilkła, jakby to było coś złego. Ale czy było naprawdę? Nie mam pojęcia.
Zostałem u Naranji, mimo, że uważałem, że skrzydło samo by się zrosło. Nie chciałem sprawiać Ross przykrości. A może chciała spędzić noc sama? Tak wiele pytań, tak mało odpowiedzi.
Wilczyca opatrzyła moje skrzydło i poleciła, bym pozostał w nocy pod jej opieką. Posłałem jej uśmiech i ułożyłem się w miejscu mojego spoczynku.
W nocy źle spałem. Ciągle nękał mnie obraz smutnej i zamkniętej w sobie Ross. W końcu, gdy obudziłem się nad ranem, postanowiłem, że z nią porozmawiam i udzielę wsparcia.
Gdy słońce już górowało nad horyzontem, Naranja zmieniła mi opatrunek.
 - Proszę, powiedz mi, do kiedy muszę nosić opatrunek? - zapytałem ją.

<Naranja, mogę prosić o dokończenie?>

Od Rossen c.d. Reeve/Kriz

- Ach, psy - mruknęłam. 
Spojrzałam w ich kierunku i rzekłam:
- Odejdźcie stąd, jesteście wolne, jednak jeśli spróbujecie kiedykolwiek zaatakować jakiegoś wilka pierwsze, wówczas odnajdę was i pożałujcie. Na opuszczenie naszego terytorium macie tydzień. Idźcie! - syknęłam, a psy skłoniły mi się, po czym, składając przysięgę, uciekły. - Reeve, chodźmy stąd, musimy zrobić coś z twoim skrzydłem - szepnęłam.
Ruszyliśmy powoli, zostawiając za sobą ciała. Szliśmy w milczeniu, a ja raz po razie przytulałam się do Reeve'ego. Tak bardzo się o niego bałam! Uratował mi życie... W tej chwili nie potrzebowaliśmy słów, cieszyliśmy się swoją obecnością.
- Ross, co zrobiłaś z psami? - zapytał mnie w końcu.
Spuściłam wzrok i wyszeptałam cicho:
- Ja... Ja potrafię panować nad zwierzętami, które są spokrewnione z wilkami... Mogę im rozkazywać i wpływać na ich umysły. Wiem, że to okropne... ale, proszę! nie mówmy o tym - poprosiłam, patrząc na niego błagalnie.
Bałam się, że mnie odrzuci, że stwierdzi, iż nim manipulowałam.  Szłam z opuszczoną głową, błagając w myślach, by nie poruszał tego tematu. Na moje szczęście, a może nie?, nie robił tego. Kiedy doszliśmy do jaskiń był już wieczór, skierowaliśmy się w stronę groty Naranji, gdzie powinien być Kriz z Lily. Mogli być jeszcze u Shili, ale wątpiłam w to. Ewidentnie pomiędzy Krizem, a Naranją coś było, więc jego wybór był oczywisty. Poza tym wilczyca była uzdrowicielką, więc mogła jakoś uleczyć skrzydło. Weszliśmy do środka, a Naranja spojrzała na nas z lekkim strachem.
- Witaj - powiedziałam.
Odpowiedziała mi tym samym w momencie, w którym Lily przybiegła do mnie. Trąciłam ją pyskiem.
- Cześć, skarbie - powiedziałam, przytulając ją do siebie.
Mała uśmiechnęła się, a ja spytałam pomarańczowej wadery:
- Naranja, Reeve został ranny, czy mogłabyś go uzdrowić? 
Skinęła głową, a ja rzekłam:
- Pójdę już z Lily do jaskini, powinna się zaraz kłaść spać.
Trąciłam Reeve'ego pyskiem i wyszłam z małą, zostawiając go pod opieką pozostałych.
<Naranja?>

* * *
Mała już spała, a ja źle się czułam z faktem, że zostawiłam Reeve'ego samego. Martwiłam się o niego, a jednak chciałam dać mu czas, by poukładał to sobie w głowie. Tak wiele ukrywałam... Jednocześnie chciałam mu o wszystkim powiedzieć, ale z drugiej strony tak bardzo bałam się, że mnie po tym wszystkim odrzuci. Kochałam go i naprawdę tego nie chciałam... Z moich oczu zaczęły płynąć łzy.
<Reeve, dokończysz?>

Od Reeve'a, c.d. Rossen

Nie trzeba było mi powtarzać dwa razy.
Zaatakowałem jako pierwszy. Ludzie szli, rozmawiając i zupełnie nie byli przygotowani na atak, co działało na naszą korzyść.
Ross zajęła się psami, a Kiba i ja ludźmi. Rzuciłem się na jednego, który dobywał swojej broni. Skoczyłem na jego pierś. Oboje wylądowaliśmy na ziemi. On stracił przytomność.
Odwróciłem głowę i od razu skoczyłem na plecy innego, który już mierzył do wilka. Broń wystrzeliła, jednak chybiła celu.
Zauważyłem, że psy stoją w jednym miejscu, jakby zahipnotyzowane. Jednak na dalsze przemyślenia nie miałem czasu - kolejny z ludzi celował do Ross. Szybko skoczyłem i odepchnąłem wilczycę. W tej samej chwili mężczyzna strzelił. Dostałem w skrzydło. Ważniejsze jednak było to, że Rossen była bezpieczna.
Rzuciłem się na człowieka. Chwyciłem go za gardło. Nie chciałem zabijać, jednak byłem do tego zmuszony. Po chwili mężczyzna padł w konwulsjach na ziemię.
Miałem trochę czasu na zobaczenie pola walki. Człowiek powalony przeze mnie dalej się nie ruszał. Kolejny nie wiem, jakim cudem, wisiał bez oddechu na drzewie. Jeszcze jeden skradał się w stronę Kiby, który walczył z innym i wygrywał.
Magią wyhodowałem pnącza, które owinęły się wokół nóg człowieka. Ten wywrócił się i posłał mi spojrzenie pełne nienawiści. W tej chwili jednak rzucił się na niego Kiba.
Rossen miała rację. Daliśmy sobie radę.
Podszedłem do niej.
 - Nic ci nie jest? - zapytałem, patrząc na nią z troską.
 - Nie... - powiedziała i spojrzała na moje skrzydło, z którego raz po raz kapała krew. Złożyłem je pospiesznie, ignorując ból, jaki to sprawiało.
 - To nic, zagoi się. - uśmiechnąłem się lekko do wilczycy.
 - Idźcie, ja posprzątam ciała. - powiedział Kiba. Skinąłem głową w jego stronę w ramach podziękowania.
 - A co z psami? - zapytałem Rossen, patrząc na nie ze zdziwieniem. Nadal się nie ruszały.

<Rossen, dokończysz?>

Od Kriz'a c.d. Rossen

Wraz z Lily poszedłem do siedziby Naranji. Musiała się jakoś przekonać do innych wilków. Zapukałem do jej drzwi.
- Proszę. - powiedziała trochę wystraszona. Powoli weszliśmy do środka. - Hej, Kriz. Kim jest ta mała i co was do mnie sprowadza?
- To jest Lily, adoptowana córka alf. Rossen poprosiła mnie abym się nią zajął i przyszedł z nią do ciebie albo Shili.
- Rozumiem, czemu wybrałeś akurat mnie? Znasz mnie i wiesz, że ja się nie nadaję do opieki nad szczeniakami...
- Nie masz co do tego pewności. - uśmiechnąłem się tajemniczo, a Lily podeszła do Naranji i położyła się obok niej. Nara spojrzała na nią troskliwie, a Mała zamknęła oczy i zasnęła.
- Co mam teraz zrobić? Nie chcę jej obudzić... - wyszeptała zaskoczona Naranja.
- Proponuję cicho położyć się obok.
- Ale to córka alf. Nie wolno mi...
- Alfa mi ufa i kazała ją do ciebie zaprowadzić, a ja mam zaufanie do ciebie. - uśmiechnąłem się i Naranja położyła się delikatnie obok Małej. Po chwili usiadłem obok nich.  Słodko wyglądały... Po kilku minutach poinformowałem Naranjię, że idę coś upolować. Ona ze strachem w oczach skinęła łbem, a ja z niechęcią zostawiłem ją tam. W kilka chwil zabiłem sarnę i zająca. Mozolnie przytachałem obydwa zwierzęta do chatki Naranji. Z ulgą wstała.
- Spokojnie, już jestem. - powiedziałem ciepło i podałem jej kawałek sarny. Gdy zjedliśmy usiedliśmy na drewnianej podłodze, w tej samej chwili obudziła się Lily.
- Witaj. Przyniosłem dla ciebie zająca. - podałem jej.
- Dziękuje. - powiedziała i zabrała się za jedzenie.
Pod wieczór przyszła Ross odebrać Małą...

< Ross? >

Od Rossen c.d. Kriz'a/Reeve

Spojrzałam uważnie na Kriz'a. Czyżby on...? Nie, to niemożliwe... Zaczęłam się zastanawiać, co właściwie może zrobić, a po chwili namysłu rzekłam:
- Słuchaj, Kriz... Naranje jest z pewnością bardzo trudno i wcale się nie dziwię. Zazwyczaj staram się nie oceniać po pozorach, ale sama w pierwszej w pierwszej chwili uznałam ją za lisa, co wcale nie jest złe. Podróżowałam kiedyś z pewna starą lisicą, która była jedną z najmilszych osób jakie poznałam. Staram się zrozumieć, ale nie potrafię, dlaczego w winnych watahach ją odrzucali. Ona jest taka jak my! - powiedziałam oburzona. - A to jak ją traktowali było naprawdę okropne - westchnęłam. - Nie dziwię jej się, że boi się odrzucenia, dlatego uważam, że wszyscy powinniśmy pracować nad tym, by jej pomóc. Jeśli chcesz coś z tym zrobić, to powinieneś z nią szczerze porozmawiać. Jeśli nie będzie chciała - nie naciskaj, postaraj się zaprzyjaźnić z nią, bądź przy niej, pocieszając ją w trudnych sytuacjach. Poznaj ją i pokaż, że jesteś godny zaufania. Bądź sobą, Kriz, i, proszę, nie skrzywdź jej.
Basior spojrzał na mnie z zamyśloną miną.
- Dziękuję - odpowiedział po dłuższej chwili milczenia.
Uśmiechnęłam się do niego, po czym zapytałam:
- Kriz, mógłbyś zaprowadzić Lily do Shili albo Naranji? Idę na polowanie, a nie chcę by Mała pozostawała bez opieki.
- Oczywiście - odparł, a ja przywołałam białą wilczycę.
- Lily, kochana, pójdziesz teraz z Krizem, bądź grzeczna, dobrze?
Maleńka skinęła głową, a ja wyszłam.
<Kriz, dokończysz?>
* * *
Po wyjściu z jaskini spotkałam Kibę, który od razu się ze mną przywitał. Postanowiłam z nim porozmawiać:
- Co tam u ciebie, Kiba? - spytałam, uśmiechając się do niego przyjaźnie.
Basior odpowiedział mi uśmiechem i odparł:
- Rozmawiałem z Reeve, a teraz właśnie miałem iść na polowanie.
- Świetnie się składa, bo ja też się wybierałam, idziemy razem? - powiedziałam.
- Jasne! 
W momencie, w którym mieliśmy wyruszać przyleciał Reeve, mój Reeve. Podbiegłam do niego i już chciałam się przytulić, gdy zobaczyłam jego minę. Wydawał się być równocześnie przerażony, jak i wściekły.
- Reeve, co się stało?! - spytałam przestraszona.
- Ross, ludzie weszli na nasze terytorium! Zmierzają w naszą stronę! - krzyknął, a ja rozszerzyłam oczy ze zdumienia. 
Nie musiałam patrzeć, by zobaczyć, że Kiba, stojący za mną się spina. Nie było czasu na gadanie, musieliśmy zacząć działać. Zadałam pierwsze pytanie:
- Ilu ich jest? 
- Pięciu i kilka psów - odparł natychmiast.
Skinęłam głową i powiedziałam:
- Powinniśmy dać sobie radę we trójkę.
Oba basiory spojrzały na mnie ze zdumieniem:
- Ale...?! - zaczął Kiba, jednak przerwałam mu.
- Każde z nas ma jakąś moc. Ja władam wodą,  ty ziemią, a Reeve naturą. Z psami nie powinno być problemów, zajmę się nimi sama - nie siliłam się o dalsze wyjaśnienia. Wolałam pozostawić w tajemnicy fakt, że potrafię panować nad zwierzętami, które są z nami spokrewnione. Ujawnię go jedynie Reeve. - Ludzi powinniśmy nastraszyć naszymi mocami. Nie mamy czasu na zastanawianie się, musimy działać! - zawołałam, a oni przytaknęli.
- Reeve, prowadź.
Samiec Alfa od razu ruszył, a ja dreptałam przy nim. Kiba szedł za nami. Gdy ujrzałam ludzi krew zaczęłam we mnie buzować. Pokręciłam głową, a potem szepęłam:
- Do dzieła.
<Reeve, dokończysz?>