Minęło jednak dużo czasu, a ona nie wracała. Poleciłem młodym wilczycom pozostać w jaskini, a sam poszedłem za zapachem Ross. Kierowała się nad wodopój. Więc poszedłem tam.
Na miejscu nadal czułem piżmowo-migdałowy zapach mojej wilczycy, jednak był on tłumiony przez inny - ostrzejszy, przyprawiający o mdłości, nadal pozostawiający lekki fetor na swojej drodze. Podejrzewałem, kto to, jednak dla pewności pobiegłem w stronę, w którą mnie kierował ów zapach.
Nie miałem trudności z trzymaniem się szlaku. Ten smród był dość silny, że byłoby go czuć z odległości kilkuset metrów.
Gdy dotarłem daleko za tereny watahy, nabrałem pewności. Gdy dotarłem do drogi, przy której dwa zapachy - mojej wilczycy i ich - mieszały się, utwierdziłem się w swoim przekonaniu.
Rozwinąłem skrzydła i z taką prędkością, jaką mogłem maksymalnie rozwinąć, poleciałem do naszych jaskiń. Wiedziałem, do kogo się udam.
Gdy wylądowałem, Kriz siedział przy wejściu jednej z jaskiń. Chciał mnie pozdrowić, jednak gdy zobaczył wyraz mojej twarzy i lekką zadyszkę, momentalnie zmienił zamiar.
- Co się stało? - zapytał zamiast tego, z ciekawością i pewną dozą niepewności w głosie.
- Rossen... - wydyszałem. - Porwali ją Łowcy.
<Kriz, dokończysz?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz