piątek, 13 czerwca 2014

Od Rossen c.n. Reeve

- Będziesz dla niej wspaniałą matką zastępczą - powiedział, a ja spojrzałam na niego zaciekawiona. - A jeśli będziesz miała z nią jakikolwiek problem, wiesz, że możesz liczyć na mnie - moje serce zabiło szybciej na te słowa. - I całą watahę - dodał od razu, a ja spuściłam głowę.
- Jasne, dzięki - mruknęłam w odpowiedzi.
Naprawdę lubiłam Reeve i to już od dłuższego czasu, a gdy zaczął to mówić - głupia - miałam nadzieję, że może czuje do mnie coś podobnego. Czemu ja sobie w ogóle robię nadzieję? Rzuciłam krótkie spojrzenie Lily, a ta uśmiechnęła się do mnie. Podeszłam do niej, a potem trąciłam ją nosem.
- Idziemy na spacer, maleńka? Pokazałabym ci pewne miejsce - powiedziałam, starając się wyjść naturalnie.
Mała wadera skinęła głową i pomerdała podekscytowana ogonem. Uśmiechnęłam się, tym razem naprawdę szczerze. Kilka godzin bezpiecznego snu i porządny posiłek wystarczyły by odzyskała odrobinę sił. Nie mogła się jednak dalej przemęczać, więc postanowiłam, że nie będę jej zbytnio forsować, a jeśli zobaczę, że zwalnia - poniosę ją. Zresztą, Naranja chyba by mi coś zrobiła, gdybym pozwoliła żeby małej coś się stało, co się dziwić. W końcu jest uzdrowicielką.
Ruszyłam w stronę wyjścia, posyłając jeszcze uśmiech w stronę Reeve'ego i mając nadzieję, że nie wyszedł on sztucznie. Szłam powoli, a Lily, mimo kilku rad, które jej dałam, biegała dookoła mnie, rozglądając się na wszystkie strony. Jest taka słodka. Kierowałyśmy się w stronę Jeziora Słowików, niby nic, a jednak wybrałam konkretne miejsce, o którym nikt prócz mnie nie wiedział. Sama nazwałam je Sercem Artemidis, ponieważ tak właśnie nazywało się miejsce, na którym położone były nasze tereny.
Serce Artemidis było grotą, położoną nieopodal wody, jednak jedynie naprawdę bystre oko miałoby trudności z jego wypatrzeniem. Wejście porośnięte było gęstym bluszczem, który prześwitywał na tyle, by w środku było jasno, jednak z zewnątrz nie można było zorientować się, że coś tam jest. Grota naprawdę miała kształt serca i była średnich rozmiarów, a środek wyścielony był miękką trawą, mchami i kwiatami. Po ścianach pięły się najróżniejsze rośliny, w tym rzadko spotykane błękitne róże. Po bokach rosło kilka naprawdę niezwykłych drzewek, które miały magiczne właściwości. Ich korony niezależnie od pory roku pokryte były przeróżnego koloru kwieciem, a liście lśniły złotem. Owoce tych roślin smakowały doprawdy niesamowicie i jak nic dodały siły. To miejsce spokojnie mogłoby zostać uznane za raj. Chociaż chciałabym pokazać je pozostałym członkom watahy, bałam się, że przepłoszą głównego lokatora tej groty. Bowiem na najwyższym z drzewek swe gniazdo miała samica feniksa, która od dawna mi towarzyszyła. Westchnęłam, patrząc na małą, która rozglądała się zdumionym wzrokiem po jaskini.
- Dobra, to co jest między tobą, a Reeve? - spytała w końcu, wybudzając mnie z zamyślenia.
Rzuciłam jej zdumione spojrzenie, odpowiadając:
- Nie wiem o co ci chodzi.
Mała parsknęła:
- Widziałam jak na niego patrzysz, a jak on patrzy na ciebie. Mama patrzyła tak na pewnego wilka z sąsiedztwa, a oni byli zakochani! - dodała, chociaż wzmianka o jej rodzinie widocznie ją zasmuciła.
Milczałam naprawdę długo.
- Maleńka, ja... sama nie wiem. Z jednej strony wydaje mi się, że czuję do niego coś więcej niż tylko przyjaźń, ale on... nie wydaję mi się, żeby czuł do mnie to samo - westchnęłam w końcu.
W tym samym momencie usłyszałam głos, przez który serce podeszło mi do gardła:
- Ross?
Do groty wszedł Reeve. Co on tu robi? Czyżby nas śledził? A jeśli to słyszał? Nie! Tylko nie to! Znienawidzi mnie!
- Śledziłeś nas? - krzyknęłam oburzona!
Cofnął się patrząc na mnie ze zdumieniem i szokiem.
- Nie! Usłyszałem twój głos i...
<Reeve, czy mógłbyś dokończyć?>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz