Zaatakowałem jako pierwszy. Ludzie szli, rozmawiając i zupełnie nie byli przygotowani na atak, co działało na naszą korzyść.
Ross zajęła się psami, a Kiba i ja ludźmi. Rzuciłem się na jednego, który dobywał swojej broni. Skoczyłem na jego pierś. Oboje wylądowaliśmy na ziemi. On stracił przytomność.
Odwróciłem głowę i od razu skoczyłem na plecy innego, który już mierzył do wilka. Broń wystrzeliła, jednak chybiła celu.
Zauważyłem, że psy stoją w jednym miejscu, jakby zahipnotyzowane. Jednak na dalsze przemyślenia nie miałem czasu - kolejny z ludzi celował do Ross. Szybko skoczyłem i odepchnąłem wilczycę. W tej samej chwili mężczyzna strzelił. Dostałem w skrzydło. Ważniejsze jednak było to, że Rossen była bezpieczna.
Rzuciłem się na człowieka. Chwyciłem go za gardło. Nie chciałem zabijać, jednak byłem do tego zmuszony. Po chwili mężczyzna padł w konwulsjach na ziemię.
Miałem trochę czasu na zobaczenie pola walki. Człowiek powalony przeze mnie dalej się nie ruszał. Kolejny nie wiem, jakim cudem, wisiał bez oddechu na drzewie. Jeszcze jeden skradał się w stronę Kiby, który walczył z innym i wygrywał.
Magią wyhodowałem pnącza, które owinęły się wokół nóg człowieka. Ten wywrócił się i posłał mi spojrzenie pełne nienawiści. W tej chwili jednak rzucił się na niego Kiba.
Rossen miała rację. Daliśmy sobie radę.
Podszedłem do niej.
- Nic ci nie jest? - zapytałem, patrząc na nią z troską.
- Nie... - powiedziała i spojrzała na moje skrzydło, z którego raz po raz kapała krew. Złożyłem je pospiesznie, ignorując ból, jaki to sprawiało.
- To nic, zagoi się. - uśmiechnąłem się lekko do wilczycy.
- Idźcie, ja posprzątam ciała. - powiedział Kiba. Skinąłem głową w jego stronę w ramach podziękowania.
- A co z psami? - zapytałem Rossen, patrząc na nie ze zdziwieniem. Nadal się nie ruszały.
<Rossen, dokończysz?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz